"Dawno nie byłem tak styrany jak dzisiaj" - pomyślał Obi-Wan Kenobi, kiedy otwierał drzwi do swojego domku na Jundlandzkich Bezdrożach. Był ledwie 4 maja, a wydawało się jakby długi weekend wydarzył się pół taatooińskiego roku temu. - To wszystko przez ten pierdolnik z wodą - wymamrotał do siebie zdejmując zdezelowane pustynne sandały "Naboo Footie".

U siebie w domu lubił czuć stopami chłodną podłogę, dawało mu to ulgę po całym dniu upałów i gorącym piasku. Kiedy był sam w domu, lubił być na golasa. Zrzucił z siebie jedajską sukmanę i przewiewne lniane gatki, "najpierw krótka regeneracja" - pomyślał i stylowo wykonanym rzutem skoczka wzwyż przeleciał nad stolikiem kawowym by wylądować na rozłożystym, wodnym łóżku. Pomimo 57 lat na karku, był wysportowany i gibki. Regularne treningi z mieczem i zbalansowana dieta, której podstawą był rosół z pożywnych jaskiniowych chrząszczy na obiad dawały świetne efekty. Z kolei na śniadanie Ben pił skwaśniałe niebieskie mleko Banthy. Dzięki niemu miał godną pozazdroszczenia perystaltykę jelit, perfekcyjnie zsynchronizowaną ze wschodami i zachodami dwóch słońc nad Tatooine.

Leżąc na łóżku próbował medytować ale myśli krążące tego wieczoru w głowie Obi-Wana były szczególnie upierdliwe. Niedostatek wody wywoływał niesnaski pomiędzy rolnikami, Tuskenami, Jawami, a do tego wszystkiego Jabba chciał zmonopolizować dystrybucję H2O przejmując wpływy nad tatooińską spółdzielnią wodno-kanalizacyjną. - Pieprzony, Obleśny, Przerośnięty robal - powiedział na głos Ben. Musiał się z nim spotykać jako mediator w sporze ale robiło mu się niedobrze na myśl o ponownej wycieczce do pustynnej rezydencji międzyplanetarnego przemytnika i lokalnego watażki. Jego pewność siebie i absolutny brak kręgosłupa moralnego (nomen omen Jabba BYŁ bezkręgowcem) sprawiały, że nawet potężne zasoby jasnej strony mocy Obi-Wana szarzały i kurczyły się podczas negocjacyjnego tête-à-tête z "POP Robalem". Ale musiał to robić, bo był jedyny na Tatooine, kogo szanowały wszystkie plemiona, a nawet "ta obślizła menda", jak nazywało Jabbę plemię Tuskenów. Nie bez znaczenia pozostawał aspekt biznesowy mediacji, bo koszt pracy i czasu Bena pokrywał Fundusz Integracji Intergalaktycznych Rubieży Oraz Równej lub Sprawiedliwej Dystrybucji Zasobów Wodnych, Ziemnych i Gazowych. To był jego pierwszy kontrakt i miał nadzieję na więcej, bo płacili znakomicie, niespecjalnie przyglądali się wynikom pracy, a jedynym problemem była koszmarnie skomplikowana biurokracja. Sam nie poradziłby sobie z wypełnieniem wniosków i rozliczaniem projektu ale w końcu był Jedi i regularnie wykorzystywał Moc do "czarowania" sympatycznej urzędniczki w tatooińskiej delegaturze FIIROiSDZWZiG. At'Aga Kech-stub będąc "pod wpływem" Bena wprowadzała całą dokumentację do systemu i generowała wymagane raporty dla Centrali. Obi-Wan nie miał wyrzutów sumienia, że wykorzystuje Moc w tym celu, bo po pierwsze służył słusznej sprawie, a po drugie, widział, że At'Aga tak naprawdę nie ma zbyt wiele pracy, bo na Tatooine aktywne były tylko dwa projekty. Ten drugi był skierowany do Jawów. Fundusz chciał dofinansować ich warsztaty, tak by mogli wykorzystywać nowoczesne narzędzia i procesy lean manufacturing do projektowania recyklingowanych robotów co miało ograniczyć zanieczyszczenie środowiska i promować zrównoważoną gospodarkę zasobami. Jako przykłady Fundusz pokazywał w swoich filmikach promocyjnych nowe modele zintegrowanych robotów rolniczo - barowych i górniczych z zaawansowanymi funkcjami seksrobota. "W sumie uprawianie seksu czasami przypomina fedrowanie na przodku" - pomyślał z uśmiechem Ben.

Sam nie kochał się z inną istotą od 4 miesięcy. Rozłąkę z Baas de Baart z rasy Twi’leks przeżywał mocno, bo ich związek był najlepszą rzeczą jaka mu się przydarzyła w ostatnich 20 latach. Poznał ją przypadkowo w Mos Espa, na targu. Stali razem w kolejce po wyjątkowe sery klużowe z mleka Banth. Ben zawadził lekko swoim plecakiem o jej “lekku” wystające z głowy, a ponieważ jest to jeden z najbardziej unerwionych narządów we wszechświecie, to ona padła na ziemię jak rażona prądem. Zakłopotany Ben rzucił jej się na pomoc, podniósł delikatnie, spytał czy wszystko w porządku i przeprosił w języku Ryl w którym znał kilkadziesiat słów. Była zaskoczona, bo nie spotkała wcześniej żadnego obcego, który wykazywałby jakąkolwiek chęć do nauki rylothańskiego. Przeszli jednak na Bocce, bo w tym języku mogli swobodnie rozmawiać. Ben kajał się jeszcze kilka razy, aż w końcu zaproponował jej drinka po zakupach. Już w barze opowiedziała mu, że bycie niewolnicą Toydariana Watto nie jest takie złe. Miała gdzie mieszkać i co zjeść. Jedynym problemem było oganianie się od napalonych kolesi Watto, którzy próbowali ją obmacywać kiedy obsługiwała jego imprezy jako kelnerka i tancerka. Ben był pod ogromnym wrażeniem jej spokoju, wewnętrznej siły i determinacji w dążeniu do lepszego życia. W swoim wolnym czasie pisała space operę, która jej zdaniem mogła być przepustką do wolności i niezależności. Wypili po dwa Pulaskie, Ben zaproponował jej obiad i tak razem spędzili ponad 3 godziny. Umawiali się w ten sposób przez kolejne 4 weekendy, w tym raz poszli do kina, a raz na wyścigi podów. W kolejny Ben zaprosił ją do siebie na kolację i wylądowali w wodnym łóżku.“Lekku” było jej najwrażliwszym narządem i potrafiła wyczyniać nim takie cuda, o których Benowi nawet się nie śniło, a przecież jako młody chłopak zabawiał się na całego w kilku specjalnie do tego celu zagospodarowanych systemach planetarnych.

Te 8 miesięcy ich znajomości było jednym z najszczęśliwszych okresów w jego życiu. Pierwsze 3 miesiące byli na typowym zakochaniowym haju. Codzienny seks rano i wieczorem, poznawanie wzajemnych historii, odkrywanie przyzwyczajeń i przyjemności. Z czasem, rzecz jasna, wyłapywali też upierdliwe zachowania i humory, których z czasem nauczyli się tolerować lub rozbrajać. Ben nigdy nie zamykał deski w toalecie i nad ranem mocno pochrapywał. Baas z kolei podczas przygotowywania jedzenie robiła maksymalny rozpierdol nie tylko w kuchni ale w całym domu. Często też trzeba było na nią czekać ze względu na makijaż, a Ben uwielbiał jej naturalny, turkusowy kolor skóry. Mienił się różnymi odcieniami w zależności od rodzaju światła i zakamarka jej ciała na który padało. Czasami kiedy się kochali i Ben znienacka napotykał nowy odcień na jej ciele, zawieszał się na chwilę, żeby właśnie jemu bliżej się przyjrzeć, dotknąć, posmakować ustami, spróbować go skatalogować. Ona już rozpoznawała te momenty i z uśmiechem przypominała, żeby kontynuowali co zaczęli ale robiła to tylko wtedy, kiedy zwiecha Bena trwała dłużej niż minutę.

Zasadniczo był to mezalians, bo Baas jako Twi’leksa była postrzegana w tej części Galaktyki jako przedstawicielka gorszej rasy, której jedynym przeznaczeniem było usługiwanie innym i praca na przysłowiowym zmywaku. To tatooińskie przysłowie brzmiało “Masz więcej niż 4 kończyny i na twej skórze farba, to na zmywaku dorobisz się garba”. Z kolei Ben jako Jedi miał poważanie i był ulokowany w drabince społecznej na poziomie lekko podupadłego arystokraty. Nie miał dużego majątku poza swoim skromnym domkiem i nazywano go w związku z tym rycerzem gołodupcem. On miał to w dupie, bo wiedział, że w życiu są ważniejsze sprawy niż majątek ruchomy i nieruchomy. Czasami oczywiście miał materialne pragnienia. Kupił sobie na przykład wypasiony system stereo z gramofonem i prawdziwymi, materialnymi, nośnikami muzyki, a nie z tym całym bezprzewodowym gównem, które nie wiadomo skąd się bierze, kto na nim zarabia i czy w ogóle muzycy mają z tego jakieś godziwe tantiemy. Jako fan eterycznej elektroakustyki cenił niebanalne zestawienia dźwięków i instrumentów zebranych z różnych, najlepiej bardzo odległych od siebie układów planetarnych. Ten nowy gatunek “intergalaxy fusion” dopiero zdobywał fanów, a Ben od samego początku wpadł weń na całego i na bieżąco kupował kolejne wydawnictwa. Wytwórnia ŁaTschooba Faar była jego ulubioną, bo nie bali się inwestować w nowych artystów, zwłaszcza takich, którzy łączyli bardzo odległe od siebie tradycje muzyczne. Kiedy włączał na swoim odtwarzaczu np. Ondogpo to nie mógł się nadziwić jak ci muzycy musieli mieć otwarte głowy i uszy, żeby znajdować harmonie między kashyyykowymi, plemiennymi rytmami Wookiech i industrialem Corelii. Ta muzyka zaskakiwała, wytrącała go z rutyny, otwierała nowe przestrzenie w głowie, zwłaszcza kiedy dawał jej się ponieść i zanurzał w całości. Wtedy jego ciało łapało każdy dźwięk i wchodziło z nimi w interakcję dając sensacyjnie nowoczesne efekty choreograficzne o które Ben absolutnie sam siebie by nie podejrzewał.

Teraz leżąc na łóżku przypomniał sobie, że kiedyś Baas przypadkowo zaobserwowała taką sesję taneczną. Gdyby był to ktoś inny, to pewnie czułby się zawstydzony, bo te samotne, nowoczesne wygibasy według niego były chyba nawet bardziej intymną czynnością niż poranna toaleta. Ona po prostu się uśmiechała i powiedziała, że przypomina nastolatka, który wymiata w swoim pokoju na powietrznej gitarze. Kochał ją za ten luz i naturalność.

Rozstanie było trudne dla obojga ale umierająca na raka matka Baas nie miała nikogo, kto mógłby się nią zająć. Mąż zginął na Wojnie Klonów, a syn poza wysłaniem kilku paczek nie odzywał się od kiedy wyjechał na Yavin do kopalni klejnotów Corusca. Baas była rozdarta, bo nigdy wcześniej nie czuła się tak szczęśliwa i spełniona jak z Benem. Wprowadziła się do niego i rzuciła pracę u Watto. Kiedy zajmował się swoim projektem wodnym i propagowaniem jedajskiej kultury w świetnie działających gimnazjach na Tatooine, ona kontynuowała pisanie swojej space opery (Nomad w drodze do gwiazd) i krótkich opowiadań, które sprzedawała w galaktycznym miesięczniku literackim “Gwiezdna lampa”. Myślała też o zajściu w ciążę z Benem i dowiedziała się, że dzięki drobnym modyfikacjom DNA za pomocą CRISPR-owych zestawów dostępnych na Ekobaby targu będzie to możliwe, planowała mu o tym powiedzieć w rocznicę spotkania. Na ten szczególny moment miała też zaplanowane kilka innych niespodzianek. Dzień wcześniej jednak dostała wiadomość superpozycyjną w kwantowej astrobutelce do rąk własnych. Kiedy poskładała wylane słowa matki wiedziała, że musi jechać, jeżeli chce ją jeszcze zobaczyć żywą. Zaawansowany, nieoperowalny rak lekku oznaczał 6 max. 8 miesięcy życia, co przy urągającej galaktycznym standardom publicznej służbie zdrowia na Ryloth przekładało się na 3 do max. 5 miesięcy.

Mijały właśnie 4 miesięce od ich ostatniej wspólnej kolacji. Był to smutny wieczór, więcej w nim było czułego przytulania niż dzikiej namiętności. Po posiłku jak zwykle wykąpali się w nowej dwuosobowej wannie, którą Obi Wan dokupił kiedy Baas wprowadziła się do niego na dobre. Oboje lubili wodę, a dodatkową atrakcją takich kąpieli, oprócz zabaw z prysznicem, był odsuwany dach w łazience. Baas układała się pomiędzy nogami Obi Wana, opierała o jego klatkę, oplatała go lekku myziając lekko i razem spoglądali na niebo wymyślając nazwy gwiazd, systemów planetarnych wokół nich i ras jakie je zamieszkiwały.

Podwiózł ją rano na terminal, uściskał, pocałował, wręczył słoiczek tatooińskich ziół dla matki. Otrzymywał co tydzień astrobutelki i sam jej wysyłał ale jakoś nie miał serca do tej korespondencji. Wydawała mu się sztuczna i trochę na siłę. Z ostatniej wiadomości wynikało, że matce Baas zostało kilka dni życia. Ona sama brzmiała na zmęczoną, psychicznie i fizycznie, służba zdrowia wbrew oczekiwaniom okazała się świetna ale sam Ryloth ją przytłaczał. Obi Wan miał wrażenie, że ciężki klimat na Ryloth, również ten polityczny sprawiał, że czuła się jak w więzieniu. Jedyną dla niej ucieczką było pisanie powieści i wizyty u matki, która zresztą chciała wrócić ze szpitala do domu. Wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu i chciała umrzeć na swoich warunkach, w swoim pokoju. Za kilka kamieni Corusca dostała od prowadzącego lekarza zapas środków przeciwbólowych, który również przeszkolił Baas jak ma się nią opiekować.

Obi Wan wstał z łóżka, przeciągnął się i popatrzył w lustro. Poszarzał i zrobociał w ciągu tych ostatnich 4 miesięcy. Poruszał się głównie na autopilocie, w pracy robił swoje, izolował się emocjonalnie, nie nawiązywał nowych kontaktów. Zawieszony między świeżymi wspomnieniami i nadzieją na przyszłość analizował czy uda im się znowu odnaleźć i jak Baas poradzi sobie z żałobą. Wiedział, że jest w stanie jej pomóc przez to przejść. Jedajski warsztat psychologiczny, empatia, wyczuwanie nastrojów to wszystko sprawiało, że czuł się mocny i że będzie dla niej dobrym wsparciem.

Sprawdził superpozycyjny pojemnik na astrobutelki, przekąsił kilka prażonych gąsienic i skierował się do łazienki. Spojrzał na swoje dwie wanny i odkręcił kurek z ciepłą wodą w jednosobowej. Zabarwiony zielonkawymi minerałami Tatooine płyn powoli wypełniał przezroczystą wannę osadzoną na chudych, pajęczych nóżkach z karbonitu. Wziął płytę Little Kana & Hemo, żeby ją włączyć na gramofonie ale po chwili odłożył z powrotem na półkę.

Zanurzył się w wodzie, odchylił głowę do tyłu, sięgnął po pilot. Kopuła dachu podzieliła się na dwie połówki, które powoli się rozsuwały. Wiosenne niebo Tatooine skrzyło się galaktykami i od czasu do czasu widać było świetliste kropki statków startujących i lądujących na Anchorhead.

Ciepłe powietrze i zapach pustynnego piasku wpłynęły do pomieszczenia.

Obi Wan wpatrywał się w gwiazdy mrużąc powieki. Czekał na śmierć. Czekał na miłość.

Author

Comments